Na karty historii

Fotolia_91739730_Subscription_Monthly_M

To nie mogła być łatwa rozmowa. Bo nie wierzyłem mu. Nie wierzyłem w coaching, w to że może cokolwiek zmienić w życiu innych ludzi. Przyszedłem walczyć. Obalać mity. Może nawet wykpić. Ale cóż… zostaliśmy przyjaciółmi.

Przeczytałem to, co piszesz. Nie rozumiem, jak można motywować tak bardzo rożnych ludzi do osiągania celów tak odległych, jak nauka obcego języka w kilka dni, sukces w biznesie, w życiu osobistym czy rodzinnym. Wydaje mi się to niepojęte. Nie rozumiem.

Mateusz Grzesiak: Nie musisz. Jesteś z Polski, twój sceptycyzm jest zupełnie zrozumiały.

Uprawiasz zawód, który jest od kilku dekad popularny na przykład w Stanach. Ma długą tradycję, kaznodzieje od lat opowiadają o Bogu mówiąc do tłumów. My jesteśmy z innej tradycji – katolickiej i protestanckiej, ani jedni, ani drudzy nie są przyzwyczajeni do tego, że tacy ludzie, jak ty, stają przed tysiącami ludzi, żeby zmienić im życie.

Jak połączysz religię z biznesem, to będziesz miał kłopot. Nie mówię o Bogu i nie jestem kaznodzieją. Mówię o emocjach, korzystając z konkretnej wiedzy psychologicznej, bo tak jest w przypadku trenerów i coachów. Każdy produkt, który znajduje klienta, jest oparty wprost o zasadę popytu i sprzedaży. Jeżeli ktoś chce czegoś słuchać, to znajdzie się ktoś, kto mu o tym opowie. Jakbyśmy się zastanowili, z jakiego względu pojawiło się to w Polsce kilkanaście lat temu…

…weszliśmy do grupy krajów wolnego rynku, demokracji. Wcześniej to Partia mówiła ludziom jak mają żyć, więc zwyczajnie nie było miejsca na uprawianie tego zawodu.

Właściwie to są trzy profesje. Pierwsza to public speaker – motywator, w ciągu godziny, może dwóch, mówi do dużej grupy. Wartość merytoryczna jego przekazu jest podyktowana jednemu zadaniu – ma słuchaczy zmotywować, dać im nadzieję, dać im wiarę, podnieść ich na duchu. Im masz większą publikę, tym bardziej liczy się emocjonalność przekazu. To edukacyjny spektakl.

Czyli trzeba umieć wywoływać emocje i nimi zarządzać. To jest sztuka. Performance.

Bez dwóch zdań! Drugi zawód to trener umiejętności miękkich. Przydatna wiedza, szczególnie w przypadku Polaków, bo mamy bardzo przeintelektualizowane podejście do życia. Uczymy się w szkole jak się nazywa stolica Madagaskaru i umiemy wymienić najdłuższe rzeki świata, ale pracodawca nie będzie od nas wymagał znajomości budowy pantofelka, ale będzie wymagał umiejętności pracy w zespole. Po co nam wiedza o tym, co była defenestracja praska?

Gdyby prezydent Komorowski pamiętał, co to jest defenestracja praska, być może nie przegrałby wyborów. To była u podstaw jednak kwestia pokory i jej braku.

Umiejętność pokory to czynnik miękki. Gdyby nad tym pracował, zdecydowanie lepiej podszedłby do tego, jak komunikować się z ludźmi. Więc umiejętności miękkie, jak widzisz, pomagają nawet prezydentom.

Trener pracuje interpersonalnie, z jednym człowiekiem?

To raczej ten trzeci zwód: coach. Trener występuje przed zdecydowanie mniejszymi grupami niż motywator, prowadzi seminaria albo warsztaty. One są oparte na przekazywaniu określonych umiejętności, chodzi już nie o spektakl, ale o czysty kontent. Wśród tych treści masz umiejętności miękkie: inteligencję finansową – jak zarabiać pieniądze, inteligencję emocjonalną – jak kontrolować emocje, motywować ludzi itd., niezwykle w tej chwili popularne przywództwo – jak budować grupę i nią zarządzać. Mogą się w tej grupie znaleźć opcje związane z inteligencją społeczną, czyli jak budować relacje. „Jeden na jeden” to proces, który nazywamy coachingiem. Krótko mówiąc: przychodzisz do mnie, siadamy, wybieramy dziedzinę twojego życia, z którą masz problem. Na przykład relacje, więc mówisz: „Ja bym chciał żyć tak, żebyśmy byli z żoną bardziej szczęśliwi”. Zaczynam zadawać ci pytania, które mają charakter poznawczy i ty wtedy zaczynasz dochodzić do pierwszego wniosku. Po tym konstruujemy modele komunikacji z żoną. Oczywiście nie musi być to żona, to jedynie przykład. Możemy mówić o tym, jak schudnąć, jak znaleźć lepszą pracę.

Czym się różni coaching od psychoterapii?

Psychoterapia jest nastawiona na diagnozowanie tego, co już było i opiera się na fundamentalnej przesłance, że jeśli człowiek ma problem, to musimy odkryć jego źródło w przeszłości i dzięki temu jesteśmy w stanie naprawić teraźniejszość. Coaching jest procesem o wiele prostszym – zakłada, że jeżeli skupimy się na celach i zaczniemy poszukiwać tego, jakiego siebie ktoś chce stworzyć, to będzie mu zdecydowanie łatwiej i szybciej dokonywać danego rodzaju zmian. Psychoterapia skupia się na rzeczach pod tytułem „osobowość”, a coaching przede wszystkim na zachowaniach. To jest zupełnie co innego, kiedy ktoś powie: „Wiesz, jestem nerwusem” i zaczyna się szukać przyczyn, a inaczej jeśli coach pomaga mu zrozumieć, że poprzez krzyczenie, podnoszenie głosu, napinanie całego ciała przy komunikacji człowiek wywołuje w sobie negatywne emocje, które znikną w momencie, kiedy zmieni swoje zachowanie.

Czyli coach jest behawiorystą.

Zdecydowanie bardziej porusza się w kontekście behawioralnym. Zmiany behawioralne, o których mówisz, są efektem wtórnym procesu poznawczego, bo coaching w gruncie rzeczy jest interaktywnym procesem poznawczym.

Jesteś więc trenerem, coachem i mówcą motywacyjnym.

Uprawiam też business consulting. Konsultant ma dać ci rybę, a nie wędkę. W przypadku coachingu toczy się proces poznawczy, w którym odkrywasz co chcesz zmienić. Dlatego sztuką i podstawą prowadzenia coachingu jest zadawanie pytań. W przypadku consultingu przychodzisz do mnie i mówisz: „Jeśli chodzi o kwestie zarządzania w mojej firmie, potrzebuję takich i takich rozwiązań”. A ja przygotowuję model, który ty możesz zaaplikować w swoim przedsiębiorstwie od ręki. Zdziwiłeś się, w jaki sposób można z jednej strony nauczyć się języka obcego w krótkim czasie, z drugiej opowiadać managerowi, jak ma motywować swoją załogę, a jeszcze komuś pomóc szybko schudnąć. Wydawać by się mogło, że w żaden sposób te zagadnienia nie są ze sobą powiązane. W rzeczywistości są, i to bardzo, dlatego, że osobowość, która zarządza tymi wszystkimi kontekstami jest prawie identyczna. Jeżeli ja wiem w jaki sposób mam schudnąć, potrafię sobie wyobrazić pożądane rezultaty, czyli postawić cel, wiem, jakie działania muszę podjąć: opowiedzieć o tym swoim znajomym, bo wtedy wzrośnie prawdopodobieństwo sukcesu, zapisać to, żeby mieć większą motywację itd., to okazuje się, że dokładnie ten sam model zadziała w kwestii nauki języka. Jeżeli chodzi o kwestię zarządzania zespołem, to okazuje się, że podstawą sukcesu jest prawidłowe wyznaczanie celów. A więc znowu chodzi o to samo! W każdym przypadku analizuję strukturę. Pod tym względem jestem modelarzem. Jeżeli wprowadzam dla jakiejś firmy produkt finansowy czy system motywacji, to patrzę na to, jak myśli klient, który jest odbiorcą, np. Polakiem, w jaki sposób on funkcjonuje. Wiem, że Polacy są odważni, przedsiębiorczy, że potrafią pracować, ale też kombinują, są sceptyczni, brak im zaufania do innych i są pieniaczami. Mając tego rodzaju wiedzę jestem w stanie skonstruować komunikat, który dotrze do tego Polaka i pozwoli mu zrozumieć to, jak ten produkt funkcjonuje.

„Pieniacz” mnie trochę rozbawił, to słowo z innej epoki.

Nasz język jest przepiękny, szkoda by było z niego nie korzystać. Szczególnie w czasie, kiedy korpomowa i anglicyzmy bardziej „czelendżują” naszą umiejętność mówienia po polsku.

A jesteśmy pieniaczami? To jest ciekawy wątek. Dzisiaj z jednej strony jesteś Polakiem, a z drugiej chcesz być obywatelem świata. Irytujący staje się stopień zniewolenia, w którym musimy żyć w związku z postępem technologii.

Nie musimy, tak wybieramy! Zgadzam się z tobą, faktycznie ten wybór w dużej mierze nas zniewala. Jednak słówko „musimy” muszę zakwestionować.

To inaczej: ludzie, którzy zarządzają technologiami, bardzo pracują nad tym, żebyśmy musieli. Żeby telefon ciągle nas do siebie wołał, żeby chciał nam powiedzieć jaka jest pogoda podczas spaceru, który właśnie odbywamy.

Masz rację. Ale jednak to ode mnie zależy czy odbiorę, czy nie, gdybym pozwolił, żeby telefon tym sterował, to nie mógłbym wybierać kim jestem. Natomiast z całą pewnością markom, które je produkują zależy na tym, żebyś ty jak najczęściej z tego korzystał, to jest oczywiste. To jest ich cel, ale twój cel może być inny. To ty decydujesz, jakie masz podejście do telefonu! Inaczej, po pierwsze, wchodzimy w brak sprawczości przesuwając decyzję do innych, a po drugie, tworzymy jakiegoś rodzaju teorię konspiracyjną, w której ktoś chce, żebym ja był od czegoś uzależniony.

To jest polska cecha?

Podejrzliwość, brak zaufania, sceptycyzm.

Po tym, na jaki los historia skazała ten kraj pomiędzy Niemcami i Rosją, trudno wymagać od nas, żebyśmy byli inni.

Oczywiście, ale pamiętajmy, że tamtej historii już nie ma, że się skończyła, że żyjemy w zupełnie innych czasach. A jednak korzystamy ciągle z polskiego oprogramowania sprzed trzydziestu, czterdziestu, a nawet dwustu lat. Pracuję sporo poza Polską i zawsze, kiedy dokądś jadę, tworzę sobie model werbalno-behawioralny mojego respondenta, czyli przeciętnego Johna Smitha czy Hansa Schmidta. Tylko tam mogę zrozumieć, jak powinienem do tego człowieka mówić. Bo na świecie funkcjonuje nie tylko język angielski, niemiecki czy rosyjski, ale też „mateuszogrzesiakowy” – indywidualny język każdego z nas. Muszę mówić tak, żeby adresat mnie zrozumiał. Nad każdym komunikatem waży raczej interpretacja niż obiektywne fakty. Analizuję różne modele, porównuję i wybieram ten, który jest najbardziej efektywny. Kiedy na swoim profilu na Facebooku popełnię artykuł, np. o emocjach, o tym, że „być dobrym mężem/żoną, to znaczy…”, i wyświetliło go dwa miliony ludzi, to znaczy, że określiłem właściwie model. Bo to jest konkretny wynik. Daje mi to informację o tym, co ludzi interesuje. Czytam komentarze i wyciągam wzorzec. To jest właśnie modelowanie. Kobiety piszą: „Jakie szczęście ma twoja żona!” albo „A czemu umawianie się na randki jest takie sztuczne, to powinno być spontaniczne!”, a ja widzę romantyzm, romantyzm, romantyzm. Element pod tytułem: „jeżeli będziemy cierpieć, to będziemy wyzwoleni”.

Szkoła bardzo dba o to, żeby ten romantyczny wzorzec wciąż funkcjonował.

To jest niebywałe. Romantyzm był potrzebny zniewolonej nacji, która musiała ochronić się przed totalną dewaluacją poczucia wartości, będąc najechaną przez inne nacje, gwałconą niszczoną musiała uciekać w mity o wielkiej historii. Jeżeli jestem biedny, mieszkam w Rosji i ledwo wiążę koniec z końcem, to kiedy Putin opowiada mi o wielkiej Rosji, która decyduje o losie świata i mu przypomina, kto tutaj rządzi, to kupuję tę opowieść i łatwiej mi znieść, że nie mam co jeść. Muszę się nią nakarmić. My potrzebowaliśmy opowieści, że Polska jest Mesjaszem narodów, ale dzisiaj już jej nie potrzebujemy, bo nam szkodzi. Potrzebują nowych historii, które będą nas prowadzić w innym kierunku. Tyle że mentalności nie da się przeprogramować tak szybko, jak ustroju. Dlatego ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że np. hejting, który osiągnął miano patologii, nie jest normalny. Niestety, jeżeli wystarczająca część danej populacji systematycznie coś powtarza, niezależnie od tego, jak bardzo to jest dysfunkcjonalne, to zjawisko staje się normą. Hejting nie jest normalny! Wspomniałeś o mentalności lokalnej i globalnej. Polskich problemów społecznościowych nie rozwiąże polska mentalność, idąc za Einsteinem, który mówił: „Chcesz rozwiązać problem? Skorzystaj z innych zasobów niż te, które go stworzyły”. Jak mam pożar, to muszę mieć wodę, a nie więcej ognia, żeby go ugasić. Więc muszę myśleć globalnie, żeby dostarczyć Polakom zasoby, których nie potrafią zdobyć. Jadę do Brazylii i od Brazylijczyków z przyjemnością wezmę życzliwość, bo są niezwykle życzliwym narodem. Wszyscy gadają ze sobą na ulicy, nie mają kompleksów ani poczucia gorszości, zupełnie inaczej się komunikują. Kiedy stoję na przystanku autobusowym, podchodzi Brazylijczyk i rozmawiamy bez skrępowania. Nie zrobię czegoś takiego w polskiej windzie, w momencie, gdy ludzie wchodzą wszyscy gapią się w swoje smartfony albo w zmieniające się cyferki. My nie jesteśmy tak otwarci. Jeżeli chcę worek manier, to chętnie skorzystam z Anglika, a nie będę korzystał z Polaka, bo jest nazbyt bezpośredni. Polak powie, że Anglik jest sztuczny, bo ciągle pyta: „How are you?”, „How do you do?”. Anglik z kolei powie, że Polak jest bezczelny i chamski, bo nie zrobił relacyjnego wstępu do rozmowy. Nacje czy ich kultury to są modele poznawcze. Jeśli chcę się uczyć odwagi, to patrzę na polską historię i np. Jana III Sobieskiego, który pod Wiedniem ratował Austriakom skórę, żeby nie mówili po turecku. Życzliwość wezmę od Latynosów, podejście do pieniędzy od Amerykanów, modelowanie perfekcyjnych strategii od Niemców. Patrząc globalnie widać, że wszystko zmierza do jednorodności. Wszystko! Za jakiś czas będziemy już mówili: „kobiety” i „mężczyźni”, a „człowiek o płci…”, będziemy na innym poziomie świadomości, w którym istnieje coś takiego, jak „człowiek globalny”, a nie tylko Polak albo tylko Niemiec.

Nie wiem, czy to jest przekonująca wizja. Czy to da nam szczęście.

Wizja nie ma dawać szczęścia. Szczęście to jest podejście do tego, co się dzieje w życiu. Tak samo jak umiejętność cieszenia się z tego, co się ma. W każdej kulturze i epoce definiuje się to od nowa. Podobnie jest z poczuciem własnej wartości. Rozmawiamy, ponieważ jestem trenerem i coachem, szkolę umiejętności, które są w Polsce potrzebne, bo ludzie mają potrzebę sukcesu. W tej chwili to „sukces” Polaków kręci. Popatrzmy na statystyki: pracują 51 godzin tygodniowo i są na etapie wychodzenia z poczucia „gorszości”, czyli Europy drugiej prędkości i chcą mieć to, co Niemcy mają już od dawna. Kręci nas w tej chwili szeroko pojęty sukces materialny. Dwieście lat temu kręciło nas to, że jeśli się zakochamy i będziemy bardzo cierpieć, to będziemy uduchowieni. Pięćset lat temu podążaliśmy za jakimś księdzem, który mówił po łacinie, której nawet nie znaliśmy w nadziei, że będziemy zbawieni i pójdziemy do nieba. Na przestrzeni wieków ludzi nakręca inna wizja szczęścia. I to się nigdy nie zmieni! Załóżmy, że moja teoria jest zgodna z rzeczywistością i za jakiś czas będziemy mieli zglobalizowany świat. Metamentalność, metaświadomość obejmująca wszystko. I wtedy będzie taki sam problem ze szczęściem, jaki jest teraz, tylko niektóre problemy, jakie mamy w tej chwili wynikają z braku jednorodności. Jeżeli Polacy hejtują się nawzajem, to niszczą się od środka. Jeżeli 11 listopada dresiarz wyrywa na ulicy znak drogowy, to – jak pokazują badania Eurostatu – 40 proc. Polaków powie: „Mam to gdzieś, to nie mój znak”. Nie myślimy w kategoriach „my”. I to jest jeden z powodów, dla których jesteśmy nieszczęśliwymi ludźmi. Jadę do Kolumbii, zapraszają mnie do telewizji, ogląda to wiele milionów ludzi, często po raz pierwszy mających do czynienia z Polakiem. Odpowiadam po hiszpańsku, a zaczynam od „W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie” by ich zaciekawić, oni się cali trzęsą, bo nie potrafią tego wymówić. Uczę ich czym jest żurek, oni się cieszą. Wracam do Polski, a tu hejt: „Ty złodzieju, ty manipulatorze, chamie!”. Okazuje się, że niszczenie czegoś przez własnych braci i siostry jest u nas potężniejsze niż gdzie indziej. Ja mam do tego dystans, rozumiem to, bo obserwuję jak to działa. Ale wyobraź sobie ile wielkich talentów musi spadać gdzie pieprz rośnie? Bo są zbyt wrażliwi. Albo nie rozumieją, dlaczego historia zmusiła nas do przekonania, że tylko przeciętność pozwoli nam przetrwać. Ja się z tym nie zgadzam, myślę, że każdy z nas jest wyjątkowy. Ja nigdy nie uwierzę to, że ty jesteś jednym z wielu dziennikarzy czy jakichś mężczyzn. Chcę wiedzieć, co ciebie kręci, co ciebie boli, jaka jest twoja historia, co czyni ciebie indywiduum. To jest jedyny sposób, w jaki możemy się poznać! Inaczej ty jesteś gościem w jeansach, ja jestem facetem w garniturze i jest pozamiatane, mamy poprzypinane łatki.

A co ciebie kręci? Co sprawiło, że jesteś tym, kim jesteś? Kiedy byłeś dzieckiem ten zawód nie istniał, w każdym razie nie w naszym kraju.

Kręcą mnie historie, tak jak ciebie. Miałem sześć czy osiem lat, byłem w Koszalinie pod koniec lat 80, biegaliśmy wtedy po podwórkach z piłką, wspinaliśmy się na drzewa, nie myśleliśmy o żadnych większych perspektywach, bo planowanie przyszłości nie było tematem rozmów. Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo chciałem wyrwać się z pewnego rodzaju mentalności, która mówiła mi, że jestem „tylko” z Koszalina, „tylko” Polakiem. Że nie mogę stworzyć dużych, wyjątkowych rzeczy. Chcę pokazać 40 mln moich rodaków, że mogą tworzyć wielkie, globalne rzeczy, które zmieniają świat. Znam badanie dotyczące przedsiębiorców, które mówi, że Polacy na potęgę otwierają firmy i są przedsiębiorczy, ale wciąż nie myślą o sobie globalnie. Nie myślą, że za jakiś czas mogą stworzyć wielki biznes. Myślą w kategoriach: „Jestem małym Polakiem, gdzie tam będę wysoko startował”. Przeraża mnie to, bo zamiast myśleć w kategoriach: „Urodziłem się po to, żeby zrealizować misję i w jakiś sposób zmienić świat, uczynić go lepszym miejscem”, cokolwiek by to miało znaczyć, powie: „Jeszcze Polska nie zginęła”, co zakłada, że kiedyś zginie, albo powie „polska Angelina Jolie”, chociaż Amerykanie nigdy nie powiedzą „amerykański Kieślowski”. Albo tekst pt.: „Inwestorzy, przyjeżdżajcie do Polski, mamy tu wykształconą i tanią siłę roboczą”. Wiesz, gdy słyszę, że mamy gonić Zachód, to się zastanawiam czy Anglików gonić od strony kuchni, bo nie osiągnęli tam zbyt wiele, czy Amerykanów od strony intelektu, bo ich wiedza o świecie jest daleko za Polakami. Ciągle, wszem i wobec jestem stymulowany historiami o tym, że jestem gorszy, a tego nie chcę. W filmie „Django” Quentina Tarantino jest niebywała scena, w której czarnoskórzy niewolnicy siedzą w klatce, drzwi są otwarte, jeden wychodzi, wsiada na konia i odjeżdża w siną dal, ku wolności. W tym czasie pozostali dalej siedzą w klatce i mówią: „Dziwne, przecież czarnoskórzy nie jeżdżą na koniach”. I ja tak się od czasu do czasu czuję tu w Polsce, a ludzie mają niebywały potencjał, który jest totalnie niszczony poprzez hejting, pieniactwo, przekonanie, że jak ja się z tobą nie zgadzam, to znaczy, że ty się mylisz, a nie, że ja jestem innym człowiekiem, przekonanie o tym, że jak ktoś wie, że coś potrafi, że ma w danym kierunku predyspozycje i nie siedzi z tym w kącie, to brak mu pokory. A to jest złe.

To katolicki rytm naszej bytności. Do tego historia ustawiła nas w pozycji przedmurza chrześcijaństwa. Protestanci z zachodniej Europy mieli łatwiej, nie żyli na styku kultur. Byli odrębną kulturą, która mogła poświęcić się własnym celom – pracy i porządkowi.

Masz rację. Ubolewam nad tym. To, co mogę zmienić, czyli przyszłość – zmieniam, a to, czego nie mogę – akceptuję. Ale wiem że w myśleniu Jana III Sobieskiego czy ludzi tworzących Rzeczpospolitą Obojga Narodów nie było kompleksów. Poczucie „gorszości” wtedy nie istniało jako koncept. Siłą rzeczy odebrano nam to w czasie rusyfikacji i germanizacji, żeby powstrzymać naród, który jest tak buntowniczy, że nigdy się nie poddaje. Przez to nauczyliśmy się też, że jak nie ma problemu, to mamy problem.

Wszystko kosztuje. Także to, że trwamy jako naród. Ceną jest to, jacy jesteśmy. Ale wracając do twojej historii…

Gdy miałem 17 lat i dostałem się z liceum do finałów regionalnych Olimpiady Historycznej, a później przeszedłem do etapu ogólnopolskiego. I wtedy nagle zrozumiałem: „Ja mogę zrobić coś dużego! Nie muszę być najlepszy tylko w Koszalinie”. Nagle stałem się Polakiem. Pojawił się koncept: „Mogę osiągnąć sukces na arenie kraju”. Dzisiaj tak to rozumiem, ale jestem już dorosłym mężczyzną, który zinterpretował wydarzenia z przeszłości, które doprowadziły do tego, kim dzisiaj jestem. Oczywiście, że wtedy tego nie rozumiałem, nie wiedziałem co mnie kształtowało, nie rozumiałem, że uprzedzony nauczyciel, który zawsze dawał mi tylko tróję, do czegoś mnie tym motywował. W pewnym momencie dotarło do mnie, że nie chcę żyć w świecie, w którym ktoś ocenia moje poczucie własnej wartości, to było bardzo wyzwalające. Miałem kiedyś jednego świetnego nauczyciela od angielskiego, który na samym początku powiedział, że on nam wystawi takie oceny, jakie będziemy chcieli. Mogliśmy ściągać, nie przychodzić na lekcje. Wyobraź sobie, że wszyscy chodzili, nikt nie ściągał, bo zrozumieliśmy, że uczymy się dla siebie. To był dla mnie wielki inspirator. Zobaczyłem, że można uczyć ludzi tak, żeby byli zmotywowani, sami chcieli się uczyć dla siebie, żeby nie chcieli oszukiwać. Później na studia wyjechałem do Warszawy. To nie były czasy, w których ktoś mówił: „Pracuj z pasją!”, to jest modne dopiero dzisiaj. To był świat, w którym zawód równał się wykształceniu. Rodzice – tata aktor i mama teatrolog, którym w domu się nie przelewało, mówili, żebym skończył studia, zdobył zawód prawnika, wtedy będę miał dobre życie, to było takie oczywiste. Nikt się mnie nie pytał czy chcę być tym prawnikiem. Naoglądałem się amerykańskich filmów o prawnikach, którzy chodzili napompowani przed ławą przysięgłych, myślałem, że tak to będzie wyglądało. A poszedłem na te studia i przez pięć lat ani razu nie byłem w sądzie! Pojechałem na stypendium do Niemiec, zdawałem egzamin z prawa cywilnego, a w Polsce to był najważniejszy przedmiot. Poszedłem na egzamin, wyrecytowałem wykładowcy artykuł, a on: „Czemu pan się tu obkuł na blachę? Przecież dobry prawnik musi umieć korzystać z kodeksu!”. Tam uczą myślenia, a nie zakuwania. To była totalna rewolucja w moim życiu, bo zdałem sobie sprawę z tego, że uczę się teorii, a nie wiem jak wygląda praktyka. Przez ten cały czas dużo czytałem i uczyłem się innych rzeczy, bo jak mantrę powtarzałem sobie: „Ucz się, ucz, bo dzięki temu wyrwiesz się do wielkiego świata”. Wtedy nie wiedziano tego, że sam fakt, że skończy się medycynę nie oznacza, że za dziesięć lat będzie miał pacjentów. Bo nagle rynek się uwolni, a pacjenci zaczną wybierać nie lekarza przygotowanego merytorycznie, a tego, który się uśmiecha. Świat się zmienił zupełnie! Ja zorientowałem się w wieku dwudziestu lat, kiedy cały czas uczyłem, że to jest coś, co mnie kręci i że za pomocą tylko umiejętności teoretycznych nie jestem w stanie dojść gdzieś w życiu. Wokół mnie byli ludzie, którzy mieli bardzo słabe oceny z szeroko pojętych logarytmów, pierwiastków itd, natomiast dobrze radzili sobie w życiu. Arek miał gadane i wyrywał dziewczyny ze starszych klas, Franek dorabiał sprzedając na plaży w Mielnie Coca-Colę. Wiedziałem, że istnieje inny świat, który jest efektywny i to jego trzeba spróbować. Wróciłem z tych Niemiec, bo nie chciałem tam zostać tylko dlatego, że było wygodnie. Ja się nudzę kiedy jest łatwo, bo wtedy się nie uczę, ciągle muszę mieć pod górkę, stawać przed nowymi wyzwaniami. Jak zbliżam się do celu, to przestaje mnie on kręcić, muszę znaleźć kolejnego demona do pokonania, bo wiem, że to jest jedyny sposób, żeby urosnąć. Trochę takie samobójcze podejście do życia – wynajdywanie trudności o różnej skali. W Niemczech mogłem zostać, zrobić doktorat i się ustabilizować, ale to odrzuciłem, bo wiedziałem, że będę gnuśniał i korzystał z tego, że później jest ładna emerytura. Zacząłem wszystko od początku. Poznałem jednego człowieka, znajomego mojej mamy, którego dziś nazywam swoim duchowym ojcem. Zadał mi kilka pytań w taki sposób, że nie bardzo wiedziałem, jak na nie odpowiedzieć. „Dziwnie ze mną rozmawiasz” – mówię. Odpowiedział, że muszę poznać psychologię komunikacji, zaczął mnie stymulować, wtedy zrobiłem pierwszy kurs, zobaczyłem, z czym to się je i chwyciłem bakcyla! To było kilkanaście lat temu, wtedy zacząłem się rozwijać. Wtedy nie istniał prawie w ogóle rynek rozwoju osobistego w Polsce. Potrafiłem chodzić do prezesów firm, którzy pokazywali mi drzwi, całowałem klamki. W końcu udało mi się powiedzieć, że zrobię coaching, że badania pokazują sześciokrotny wzrost inwestycji. Słyszałem od ludzi: „Coaching to mi w nocy żona robi”. Byłem jednym z pierwszych, którzy tworzyli ten rynek. Ludzie nie wiedzą, że to zaczęło się tak dawno, że trzeba było pokonać wiele przeszkód, żeby móc być tu dzisiaj. Zacząłem to robić w Polsce, a i tak ciągle jeździłem za granicę, bo wierzyłem, że muszę się ciągle uczyć. Tutaj nie było skąd czerpać tego rodzaju wiedzy. Ludziom spodobały się te umiejętności i zaczęli mnie do siebie zapraszać. W 2006 roku pojechałem do Meksyku, facet się mnie spytał skąd tak dobrze znam hiszpański. Usłyszał, że niedawno przez dwa tygodnie byłem na Kubie. „Ale tak w dwa tygodnie!?”. Odpowiedziałem, że mam nowatorskie metody i tak zostałem zaproszony do Meksyku. Później pojawił się Izrael, Słowenia, Brazylia z pytaniem, czy jestem w stanie wprowadzić tam ten system. Odpowiadam, że pewnie, tylko muszę się nauczyć języka – to była moja motywacja, podpisany kontrakt! Nauczyłem się podstaw, wychodzę w Sao Paulo w Brazylii na scenę i mówię: „Ja z Polski, ja nie umieć dobrze portugalski, ja kochać Brazylię!”, a oni: „Brazylia kochać ciebie, wszystko ok, mówić dalej!” (śmiech). Gdybym nie miał podejścia, że nie muszę mówić perfekcyjnie w danym języku, to bym nawet o centymetr nie ruszył stopy za granicę. Kręci mnie to, że jest gdzieś jakiś dzieciak, który chce być trenerem, coachem czy psychologiem, widzi mnie i myśli: „Można!”. Kręci mnie wyrywanie Polaków z poczucia „gorszości”, bo nienawidzę sytuacji, w których wychodziłem na zewnątrz, startując do amerykańskich największych sław trenerskich, a jakiś Polak mówi mi: „Bądź dla niego dobrym supportem”. Cholera! Ja nie wychodzę po to, żeby być jego supportem, a po to, żeby go pokonać! Po to, żeby Polacy zrozumieli, że cudze chwalą, swego nie znają, a często niszczą! Zawsze najtrudniej było przekonać Polaków i tutaj zdobyłem najlepsze szlify. Zależało mi, żeby – patrząc z boku na pewien schemat Jana Kowalskiego, wzmacniać to, co jest dobre, jak odwagę, przedsiębiorczość, kreatywność, fantastyczne podejście do uczenia się, a zwalczać, osłabiać, substytuować z innymi modelami nasze wady narodowe: sceptycyzm, pieniactwo, brak zaufania, hejting. To pomaga rozwijać ten kraj! Teraz jest to dla mnie zadanie w kategoriach: co ja mogę zrobić dla tego kraju, żeby lepiej żyło się tu dzieciakom, które dopiero wchodzą w świat. Mam czasami z tego ogromną satysfakcję. Niedawno prowadziłem szkolenie, na którym znalazł się piętnastoletni Hubert. Siedział sobie i słuchał o mentalności obywatela świata. Ja w jego wieku chowałem pisemka dla dorosłych i zastanawiałem się jak je ukryć, żeby tata nie widział. Takie były moje zmartwienia. A ten dzieciak już jest inteligentniejszy, niż ja byłem w jego wieku. To mnie kręci totalnie, bo jestem ojcem, jestem nauczycielem i marzy mi się, żeby nowe pokolenie było mądrzejsze od nas.

To jest istota edukacji. Z drugiej strony odbieramy im dzieciństwo, które my mieliśmy.

Ale to pokolenie ma po prostu inne dzieciństwo. Każde pokolenie ma swoje zadanie. Wiem, jak bardzo uciekałem od kompleksów bycia gorszym. Jak prę, żeby udowodnić, że Polak może być kimś wielkim. Chciałbym się zapisać w kartach historii, jak Jan III Sobieski czy Piłsudski. Kiedyś miałem okazję występować na scenie z polskim noblistą, to nawet wstydziłem się spojrzeć mu w oczy. Nie chodziło o jednostkę, ale o archetyp, o fakt, że oto stoi tu osoba, która na stałe zapisała się w historii świata.

Jeśli zmieniasz jednego człowieka – zmieniasz wszechświat. To tylko kwestia skali.

Tak. W moim konkretnym przypadku patrzymy na predyspozycje osobowościowe – uwielbiam występować przed duża ilością ludzi. Wtedy widzę i czuję tę potężną energię transformacji. I to się podoba coraz większej ilości osób. Chcą słuchać. Więc do nich mówię. I tak to funkcjonuje.

Banalnie proste!

To jest banalnie proste, choć nie jest wcale łatwe. To jest opcja, w której ja rezygnuję z modeli rodzinno-kulturowych i wymyślam siebie. W tej chwili rozmawiasz z wymyślonym przez małego chłopaka konceptem, który chciał być wielkim, międzynarodowym trenerem i zbawiać świat. I cały czas podejmuje działania, żeby to robić. Ja dopiero się rozpędzam. Najważniejsze sukcesy to dla mnie te wewnętrzne. Szedłem sobie kiedyś w Mexico City po ulicy, był 2008 rok. Podszedł do mnie jeden kursant, miał na imię Edgar, spytał, czy te techniki, o których słyszał na wykładzie, można wykorzystać do podrywania dziewczyn. „Pewnie, że można!” – mówię. „Więc pokaż” – poprosił – „Może poderwiesz tę dziewczynę?”. To lekko zdenerwowany do niej podszedłem i tak poznałem moją żonę, matkę mojego dziecka. W zeszłym roku zostałem uprowadzony w Brazylii, jechałem autostradą, uderzył w nas inny samochód. Wyszło dwóch drabów z pistoletami i mówią, że to porwanie. Życie stanęło mi przed oczami, ale po godzinie zbudowaliśmy taką relację, że przepraszali mnie za wszystko, gdy sobie poszli. To są moje najważniejsze chwile. A ludzie, którzy mnie widzą z mediów, myślą sobie, że widzą człowieka sukcesu – piękny, młody i bogaty. Dla mnie to poboczna kwestia! Ona jest nieistotna, bo tak samo będę z tobą rozmawiał w dresie i w garniturze. Uczyłem się grać w tę komunikacyjną grę, wiem jak się gra w gry lokalne i w gry globalne, bo zrozumiałem, że bez tego jesteśmy tylko pionkami przesuwanymi przez innych. Jeśli poznam zasady, będę mógł stworzyć swoją własną grę i w ten sposób funkcjonować w świecie. To jest zupełnie inna bajka. Bardzo mało ludzi interesuje się tym, co jest pod powierzchnią. Większość chce produktu. Podchodzą na ulicy, wyciągają aparat, robią sobie zdjęcie i odchodzą.

To jest część wizerunku, który zbudowałeś.

To jest część tej gry. Musiałem nauczyć się w to grać. Co nie zmienia faktu, że jest ciągle chłopak – Mateusz, który permanentnie wymyśla siebie i stawia sobie coraz większe cele.

A talent?

Nie wierzę w talent. Nie potrafię wytłumaczyć skąd biorą się pewnego rodzaju rzeczy, wtedy słówko „talent” mi pomaga. To jest kwestia ciągłego szkolenia warsztatu, ćwiczenia. Być może istnieje coś takiego, coś odgórnego, jakiś determinizm od strony duchowej czy genetycznej. Patrzę na siebie, jak doszedłem do tego wszystkiego. Zanim zacząłem w wieku 30 lat mieć problemy z sercem, pracowałem po 16 godzin dziennie! Mam w głowie taką historię, kiedy zimą, żeby utrzymać formę, biegałem. Śnieg sypał mi w oczy, jacyś ludzie wracali z dyskoteki, spojrzeli na mnie i usłyszałem: „Ale debil”. Uśmiechnąłem się do siebie i pobiegłem dalej, bo zrozumiałem czym jest osiąganie. I biegnę do tej pory. I nie zrezygnuję z eksploracji tego, kim ja, jako człowiek, jestem i kim my, jako ludzie, jesteśmy. Nie wiem gdzie się skończy ewolucja. Ale wiem, że znowu zdałem sobie sprawę, że nie jestem tym, kim sądziłem, że jestem. A powód, dla którego to robię, tak jak samochód, którym jeżdżę, może się zmieniać.

Artykuł ukazał się w na portalu „www.anywhere.pl”

anywhere_logo

1 Opinia