Kicz shore, czyli tajemnice stojące za uwielbieniem reality show

Two Friends watching passionately TV with Beer and Potato Chips.

A więc myślisz, że programy typu Warsaw Shore przyciągają młodzieniaszków z parciem na szkło, którzy za obietnicę sławy i pieniędzy są w stanie wyzbyć się wszelkich zahamowań? Denerwujesz się, że reality shows to obraza kolektywnej inteligencji, powierzchowny obraz naszych czasów, rozrywka najniższych lotów? Że to promowanie niewyszukanego słownictwa, ukazywanie tego, co w ludziach najgorsze? Że jedyną wartością tego typu programów jest pełne odmóżdżenie i możliwość poprawienia samopoczucia, że z sobą samym nie jest jednak aż tak źle?

Masz dużo racji! Część reality shows promuje najbardziej prymitywne ludzkie wartości i ubiera
je w atrakcyjny płaszczyk rozrywki. Pokazuje „bohaterów”, którzy dla popularności i pieniędzy posuną się przed kamerami do zachowań, których wstydziłaby się większość społeczeństwa. Promuje sukces materialny ponad wszystko inne, gloryfikuje chamstwo, chciwość i niezdrową konkurencyjność. Proponuje cieszyć się z ludzkiego nieszczęścia w publicznym linczu, urządzanym odpadającym uczestnikom przez sędziów, którzy prześcigają się w poniżaniu i krytykowaniu. Tworzy mechanizmy konkurencyjności, które niszczą relacje, każą donosić na siebie uczestnikom, traktować się wrogo.

Reality shows i rosnące słupki popularności

W swojej krytycznej opinii nie jesteś więc odosobniony, ale nie o niej będzie dziś mowa. Chodzi bowiem o coś więcej niż pieniądze, ludzką psychikę i słupki oglądalności. Ósma edycja Kuchennych rewolucji zarobiła 36 mln zł z reklam. Popularność Warsaw Shore rośnie z odcinka na odcinek (drugi miał 140 tys., a czwarty już 153 tys. widzów) i w czasie jego nadawania czyni z MTV lidera wśród kanałów dla młodzieży, choć patrząc na cyfry nie jest to oszałamiający wynik. Druga edycja MasterChefa przyniosła 44,4 mln zł z reklam (pierwsza blisko dwukrotnie mniej) przy średniej oglądalności 3 mln widzów. Szósta edycja Mam talent! to ponad 74 mln zł wpływów z reklam i blisko 24% udziału widzów w wieku 16-49 (grupie najbardziej komercyjnej). The Voice of Poland 3 oglądało 2,15 mln widzów. Robienie reality shows się więc opłaca, a opłaca się to, co oglądają widzowie,
bo to oni ostatecznie decydują o tym, co telewizja pokazuje.

Z jakiego względu ludzie chcą to oglądać?

Jedną z właściwości ludzkiej natury jest empatia – umiejętność współodczuwania tego, co czują inne osoby. Widz siedzący przed telewizorem będzie więc doświadczał tego, co dzieje
się z uczestnikami programu, z jedną zasadniczą różnicą – w bezpieczny sposób.

Nie ryzykuje memów, plotek, negatywnych komentarzy na swój temat. Nie będzie pośmiewiskiem
dla milionów ludzi oglądających program. Może zachować dla siebie swoje tajemnice i robić to w domowym zaciszu.

Przeżywanie tych intensywnych emocji jest potrzebne: sonda today.com pokazała, że aż 72% kobiet i 60% mężczyzn oglądających te produkcje robi tak ze względu na nudę!

Jest w języku niemieckim takie wyrażenie: schadenfreude, co dosłownie oznacza radość z czyjegoś cierpienia. Reality shows bazują na konkurowaniu ze sobą, więc gdy jeden zawodnik przegrywa, to drugi przechodzi do kolejnej rundy. Współczucie będzie więc łączyło się z dobrym samopoczuciem związanym z wygraną i osiągnięciem upragnionego celu.

Zjawisko nie dotyczy tylko programów telewizyjnych, ale jest dobrze znane w polityce (badania Combs, Powell, Schurtz, Smith w Journal of Experimental Social Psychology z 2009) i w sporcie (Cikara, Botvinick, Fiske w Psychological Science w 2010).

Krzywdzący wpływ

Dodatkowo, ze względu na indywidualne sympatie kierowane przez widzów do poszczególnych uczestników, gdy pozostałym powinie się noga, to wygrywa ich ulubiony kandydat.

Powodów do cierpienia w reality shows jest wiele: od osobistej porażki związanej z odpadnięciem z turnieju, poprzez często poniżające komentarze jurorów, aż do internetowego ataku i nienawiści czy nawet medialnej nagonki. Nie każdy uczestnik łatwo sobie z tym poradzi.

To, że niektóre programy telewizyjne są krzywdzące dla uczestników, jest poza wszelką wątpliwością – w USA ukuto już termin Syndromu Truman Show (wg badań opublikowanych przez thewrap.com), który dotyka biorących udział w programach telewizyjnych. Legenda „od zera do bohatera”, budująca się w błyskawicznym tempie, jest często zbyt trudna do okiełznania dla większości jeszcze niedawno bezrobotnych, „zwykłych” ludzi.

Przypadek kończącej na odwyku Susan Boyle (była w czołówce brytyjskiego Mam talent) jest lekki w porównaniu do 11 uczestników, którzy popełnili samobójstwo (m.in. Kellie McGee z ABC Extreme Makeover czy Cheryl Kosewicz z CBS Pirate Masters). W USA dr Jamie Huysman otworzył organizację AfterTVcare, która pomaga byłym gwiazdom w powrocie do normalnego życia.

Uczestnicy reality show rzadko kiedy zdają sobie sprawę z konsekwencji tego, co ich czeka. Obietnica sławy, możliwości pojawiających się po programie, pokusa zwyciężenia i otrzymania dużej gotówki jest niezwykle atrakcyjna.

Nie mówi się głośno o publicznych linczach, hejtingu, plotkach karmiących się sensacją, która
się lepiej sprzedaje (bo wznieca więcej emocji). Nie każdy kojarzy Michaela Jordana z problemami hazardowymi, Whitney Houston z nałogami narkotykowymi, Tigera Woodsa z uzależnieniem od seksu – a wszyscy oni mieli ze sławą o wiele dłużej do czynienia niż zupełnie nieobeznani
z nią uczestnicy reality shows.

W USA testy psychiatryczne dla uczestników wprowadzono dopiero po zabójstwie Scotta Amedure w 1995 roku, gdy podczas programu The Jenny Jones Show wyznał swą miłość do innego mężczyzny; ten, 3 dni później, go zabił. Póki co opieka poprogramowa praktycznie nie istnieje, a badania dotyczące późniejszych problemów dopiero się pojawiają.

I choć jest głęboka mądrość w chińskim przysłowiu mówiącym, by uczyć się na błędach innych (słynny cytat Brada Pitta: Sława to dziwka czy Russela Crowe: Sława to kiepski efekt uboczny zawodu aktora), nie ma co liczyć na to, że wschodzące gwiazdy wezmą na negatywne efekty sławy poprawkę.

Jak mówi przysłowie, głodny sytego nie zrozumie. Jest kwestią czasu, kiedy producenci zaczną płacić duże pieniądze w sprawach karnych wytoczonych przez uczestników, którzy poznają ciemną stronę sławy, ale dopiero post factum.

Jak to się zaczęło?

Reality shows nie są niczym nowym, choć w ciągu ostatniej dekady ewoluowała ich forma. Pierwszy raz reality tv pojawiła się w USA w 1971 na kanale PBS, a show nazywał się An American Family. Rodzina Loud z Santa Barbara (rodzice i piątka dzieci) podczas 12 epizodów zdążyła przeżyć kilka wewnętrznych wstrząsów (m.in. syn Lance odkrył swoją homoseksualność, a rodzice się rozwiedli). Formuła, jak każda, z czasem się znudziła i producenci ruszyli w poszukiwaniu silniejszych bodźców.

Przebojem stał się holenderski Big Brother – oto grupa zamkniętych na kilka miesięcy w jednym domu uczestników wykonuje określone zadania i wzajemnie się eliminuje, a wszystko pod czujnym okiem obecnych w domu kamer. Element wewnętrznej rozgrywki, zmiana standardów prywatności (do stopnia, w którym w jednej edycji pary posunęły się do uprawiania seksu przed kamerami), wpuszczenie obcego widza w intymny świat, którym mało kto chce się dzielić, psychologia konfliktów i pojawienie się ciemnych stron ludzkiej natury – to wszystko pokazał Wielki Brat, wyznaczając nowe standardy telewizyjnych produkcji.

Kolejna potężna zmiana przyszła wraz z American Idol – oto do budowania programu zostali zaangażowani widzowie, którzy bezpośrednio swoimi wyborami decydowali o losie uczestników programu. Maszyna marketingowa rozpędziła się po raz kolejny, wprowadzając interakcję rodem z gier komputerowych (co pokolenie internetowe przyjęło z radością) i po raz kolejny zmieniając świat mediów. Oto widz przestał być pasywnym oglądającym, a stał się sam producentem show i kreatorem gwiazd.

Real time

Niedawno w CNN podczas prezydenckiej debaty można było czytać twitty oglądających ją ludzi! Dodatkowo oliwy do ognia dodają konflikty między jurorami (których często publika kocha nienawidzić) a widzami sprzed telewizorów.

Widz potrzebuje przekonania o własnej sprawczości i kontroli, a reality tv doskonale nauczyło
się spełniać tę rolę. Sytuacje są rzekomo niearanżowane, konflikty tworzą się samoczynnie, nie wiadomo, jak zareagują uczestnicy… To wszystko stwarza pozory nieprzewidywalności, a stąd już tylko krok do ciekawości, a wręcz napięcia, które towarzyszy widzowi śledzącego losy bohaterów.

Ta dobrze zaplanowana gra bazuje jednak na niewidzialnych gołym okiem mechanizmach, których
nie zauważą widzowie nieobeznani z wiedzą psychologiczną. Kluczem do sukcesu w reality show
jest bowiem przede wszystkim wybór odpowiednich uczestników programu i stworzenie takich interakcji między nimi, które nieuchronnie doprowadzą do konfliktu.

Któż chciałby oglądać program, w którym pokazane jest życie przeciętnego Kowalskiego, wracającego do domu z pracy, kładącego się na kanapie z kanapką w ręku i butami na stole, i zmieniającego kolejne kanały. Największą nieoczekiwaną zmianą akcji byłoby szczeknięcie psa domagającego
się spaceru, a w nocy byłoby słychać nieustanne chrapanie.

Nie tego żądają widzowie, szukając „rozlewu krwi”. By taka konstrukcja zadziałała potrzebne jest spełnienie kilku kryteriów:

1. Wybrać ekstremalnie różne osobowości. Wziąć kogoś z LGBT w młodym wieku i 50-letniego zadeklarowanego katolika. Introwertyczną matkę trzech nastoletnich córek i ekstrawertycznego podrywacza, któremu tylko jedno w głowie. Zbuntowaną kobietę nienawidzącą mężczyzn i asertywnego szefa lubiącego dominować. Osiłka z podstawówką i świeżo upieczonego wykładowcę. Ten przepis gwarantuje kocioł emocjonalny, który doprowadzi do wewnętrznych tarć i dramatów. Wyraziste osobowości się lepiej zapamiętuje.

2. Każda z tych osobowości powinna spełniać określone warunki demograficzne (najlepsza widownia ma 16-49 lat) i psychograficzne. Te drugie często zależą od zdolności jednostkowych (np. umiejętności śpiewania) albo specyfiki programu (Warsaw Shore zebrał kandydatów bezpośrednich, ekstrowertycznych, skupionych na przyjemnościach). Ale najważniejsze jest, by osobowość była odzwierciedleniem panujących w społeczeństwie stereotypów tak, by jedna osoba stała
się reprezentacją całej kategorii. Liczy się płeć, rasa, klasa społeczna, orientacja seksualna, wiek. Ten system gwarantuje konflikty i dotarcie do jak najszerzej zdefiniowanego widza.

3. Stworzyć konflikty. Wyznaczyć cele, których osiągnięcie jest możliwe tylko przez ograniczoną liczbę uczestników (wystarczy zasada, że zwycięzca jest tylko jeden). Ograniczyć zasoby, doprowadzając do konkurencji. Dać trudne zadania do wykonania (np. jedzenie robaków), co doprowadzi do powstania „trudnych” emocji. Te konflikty muszą pasować do określonej kultury, stąd też w Meksyku zawsze w reality shows pojawia się problem rodzinny (np. zdrada partnera będącego poza show z jednym z pozostałych uczestników programu), a w Europie – seks.

4. Odizolować grupę uczestników od świata zewnętrznego. Umieścić ich w jednym domu, na wyspie, w hotelu. Często bez możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym, co doprowadzi do powstania wzajemnych zależności w grupie i konieczności interakcji.

5. Napisać scenariusz, w którym pojawią się typowe motywy życia codziennego (kłótnie rodzinne, walka z nałogami, seks itd.), by sprawić wrażenie jego naturalności i jak najdokładniej odzwierciedlić rzeczywistość. To oczywiście jedynie fasada: w prawdziwym życiu nikt nie je robaków, nie gotuje fioletowych warzyw na czas czy żyje na bezludnej wyspie.

6. Wprowadzić kilka mechanizmów psychologicznych stymulujących emocje: dać zadania do wykonania, ograniczyć czas, stworzyć możliwość wygranej i przegranej, wprowadzić autorytety (tajemniczy głos Wielkiego Brata czy jury z Mam talent!).

7. Zrobić taki montaż, by sfabrykować dramaturgię nawet jeśli nie było jej w „naturalnych” scenach i dopiero wtedy zaprezentować ją widzowi.

8. Marketing oprzeć o zasady grywalizacji: zaangażować widza, dać mu do ręki moc decyzyjną, wprowadzić kolejne etapy w rozgrywkach, nadawać statusy itd. To potężnie zwiększy oglądalność (czytaj: zyski z reklam).

Reality Tv – żyła złota

To, że reality tv jest zyskowna, opłacalna i rozrywkowa nie ulega w dzisiejszych czasach żadnym wątpliwościom. Produkcja tych show jest o wiele tańsza: nie ma specjalnych kostiumów
czy scenografii, aktorom płaci się marne grosze w porównaniu do zawodowców (dla przykładu najsłynniejsza amerykańska celebrytka Kim Kardashian za jeden epizod bierze 40.000 $, a aktor Charlie Sheen 825.000 $). Reality tv, odsądzana od czci i wiary z wiadomych względów, stała
się jednak częścią popkultury i jako zjawisko psychologiczno-socjologiczne musi być brana pod uwagę. Nie tylko krytycznym okiem.

Po pierwsze, kontrowersyjne sceny stymulują widzów do przemyślenia, w jaki sposób by zareagowali będąc w tej samej sytuacji. Czy donieśliby na bliską osobę gdyby ta zachowała się niezgodnie z zasadami? Czy konkurowaliby z przyjacielem? Czy odważyliby się powiedzieć to co uczestnik programu przed milionami widzów? Co odpowiedzieliby jurorowi gdyby ten w tak niewybredny sposób skomentował ich występ? Problemy dotykane w reality shows często dotyczą większości oglądających i w jakiejś mierze stawiają ich samych przed kamerami.

Po drugie, mogą uświadamiać określone problemy i pośrednio przyczyniać się do ich rozwiązania.

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych (wkrótce w Polsce) reality shows, MTV „Teen Mom” (Nastoletnia matka) i „16 and Pregnant” (16 lat i w ciąży) edukował oglądające go nastolatki o skutkach rodzicielstwa w tak młodym wieku (87% uważało show za pomocny w tej kwestii, źródło: The National Campaign to Prevent Teen and Unplanned Pregnancy, 2010). Programy The Biggest Loser (NBC) i Weighing In (Food Network) stały się inspiracją dla wielu Amerykanów do zrzucenia wagi. Show Honey We`re Killing the Kids informuje o istotności diety i wpływie jedzenia na zdrowie.

Po wtóre, niektóre z nich uczą społeczeństwo. Biorąc pod uwagę trendy ostatnich lat wiele nowych reality show stawia obok elementu rozrywkowo-biznesowego także na element edukacyjny. Takie programy kuchenne zmieniają nie tylko obraz rodzimej kuchni, ale pokazują też kreatywne formy przyrządzania nowych dań, które inspirują przyszłych, nawet jeśli domowych, kucharzy. Zobaczenie kogoś jedzącego grzechotnika w Afryce, gotującego lokalne przysmaki na ulicy w Tajlandii, próbującego owoców których widz wcześniej na oczy nie widział – to wszystko przedstawia konkretną edukacyjną wartość i buduje społeczeństwo bardziej świadome pod kątem odżywiania się.

Dzięki reality shows świat dowiedział się o istnieniu wielu talentów, które bez maszyny marketingowej nie miałyby szans zaistnieć. Koronnym przykładem jest Susan Boyle, zdobywczyni II miejsca w brytyjskim Mam talent, która pokazała potencjał ukryty pod fasadą zaniedbanej gospodyni domowej, czy zwycięzca Paul Potts. Dzięki tej formule programu koncept amerykańskiego snu dla każdego stał się dostępny i możliwy do zrealizowania. Sława i pieniądze nigdy nie były tak bardzo dostępne, jak teraz.

I ostatni czynnik – uczestnicy programów reality tv są bardziej wiarygodni dla widzów ponieważ
nie są zawodowymi i opłacanymi aktorami, mającymi do odegrania określoną rolę. Przynajmniej część reakcji będzie więc spontaniczna i naturalna, co najbardziej zdobywa publikę. Część leksykonu uczestników przejdzie do języka popkultury słyszanego na ulicach (vel „gąski” i „dziki” z Warsaw Shore).

Co nas czeka?

Reality tv jest równie istotną transformacją, jak celebryzacja kultury. Dotychczasowe autorytety
są zastępowane przez reprezentantów określonego archetypu osobowości (przed laty np. atrakcyjna seksbomba Pamela Anderson) i to oni wchodzą w lepsze interakcje z widzem niż często niezrozumiała merytoryka eksperta. Rewolucję przechodzi też telewizja, stawiając na coraz większą interaktywność i możliwość kontrolowania przebiegu zdarzeń; aż 87 mln telewizorów sprzedanych w 2013 (statystyki Forbes`a) to smart tv, a więc oferujących dostęp do internetu i będących w interakcji z tabletami.

Amerykańska superprodukcja House of Cards z Kevinem Spacey ukazała się jedynie na stronie internetowej platformy Netflix, a w niedalekiej przyszłości YouTube stanie się realną konkurencją
dla programów telewizyjnych. Reality shows staną się telewizyjnym przekazem przyszłości, szczególnie gdy do elementu rozrywkowego doda się edukacyjny (tzw. edutainement, czyli education + entertainment), by zniwelować czasem ekstremalnie niski intelektualnie przekaz niektórych programów (Jersey Shore). Nowe pokolenie widzów chce rozrywki, kontroli, możliwości decydowania o przebiegu zdarzeń i ta forma wyprze jednostronne monologi, charakterystyczne dla telewizji przeszłości.

Brak opinii